środa, 24 grudnia 2014

Gdy pierwsza gwiazda niebo rozjaśni...

Pierwsza wigilia Jadzinki :) Nasza choinka w tym roku jest niezwykle anielska. Bubinka pomagała mi robić ozdoby i później zawieszać je na drzewku. I oto efekt:


Życzę Wam nadziei,
własnego skrawka nieba,
zadumy nad płomieniem świecy,
filiżanki dobrej, pachnącej kawy,
piękna poezji, muzyki,
pogodnych świąt zimowych,
odpoczynku, zwolnienia oddechu,
nabrania dystansu do tego co wokół,
chwil roziskrzonych kolędą,
śmiechem i wspomnieniami.

Bądźcie ze sobą blisko.
Wesołych Świąt!

sobota, 20 grudnia 2014

Wielopieluchowanie noworodka

Po prawie 4 miesiącach wielopieluchowania Jadzi pora podzielić się wrażeniami. Noworodkowy stosik, którym chwaliłam Wam się TU do czasu pojawienia się Jadzi jeszcze urósł ;) A potem ewoluował. Przetestowałyśmy różne kombinacje. Jedne lepsze, inne gorsze, jeszcze inne beznadziejne lub odwrotnie - rewelacyjne! No więc do rzeczy.

Wielopieluchowanie zaczęłyśmy w czwartej dobie życia Jadzi, kiedy już oddała całą smółkę i kupki zaczęły nabierać żółtego koloru i konsystencji mniej lepkiej, więc i łatwiejszej do spierania. A spierania było co niemiara, bo jak to noworodek, kupka pojawiała się niemal w każdej pieluszce. Na tak malutką pupę najlepsze okazały się otulacze PUL S/XS Ecodidi. Są takie tyci tyci, a jednak pomieściły formowankę i zgrabnie wyglądały na 4-dniowej pupce. Mają też sprytne rozwiązanie - dodatkową napkę, którą można zmniejszyć pieluszkę tak, by nie nachodziła na gojący się pępuszek noworodka. Niestety mimo zapewnień producenta, nie wystarczają do 6 kg. Właściwie z ledwością do 5 kg. Służyły nam ok. 2 miesięcy. 

Naszym ulubionym noworodkowym zestawem okazały się formowanki bawełniane na troczki Kokosi i otulacze PUL S Kokosi. Po prostu rewelacja! Takim systemem pieluchowałam Jadzię 3 miesiące. Formowanek używam jeszcze teraz, ale już robią się przymaławe. Na dzień szło ok. 5-6 formowanek i 1-2 otulacze. Otulacz wymieniałam pod koniec dnia, kiedy był mocno przemoczony lub brudny z kupki.


Na noc miałam ambitny plan również stosować wielorazówki, ale już po pierwszej nocnej kupie spasowałam. Zwyczajnie nie chciało mi się w nocy jeszcze zapierać kupek a przecież nie zostawię ich do rana, więc wybrałam jednorazówki. Teraz już wprawdzie nocne kupki się nie zdarzają, ale rozleniwiłam się i nadal zakładam jednorazówki. Czyli podobny system jak przy Bogusi.

Na wyjścia dobrze spisują się Kieszonki PUL S/XS Ecodidi. Mam 3 sztuki, dwie z polarkiem i jedną z coolmaxem. Zdecydowanie wolę tę z coolmaxem, bo jest cieńsza i zgrabniejsza. Do środka wkładam pojedynczy mały wkład bambusowy. Polecam wkłady Ecodidi i Puppi. Na początku te kieszonki bardzo przeciekały, co już mnie powoli zniechęcało, ale po kilku praniach wkłady uzyskały maksymalną chłonność i teraz sprawdzają się znakomicie. W przeciwności do otulaczy, kieszonki faktycznie wystarczają do tych 6 kg i u nas są wciąż w użyciu.

Bardzo nie polubiłam się z prefoldami. Nie ogarniam ich. Zakładanie tego to wyższa szkoła jazdy. Jak już poskładałam, owinęłam pupę i chciałam spiąć, wszystko mi się sypało. Szybko więc pozbyłam się tego typu pieluszek. Nawet nie próbowałam składać tetry, bo nie umiem sobie wyobrazić, jak te wielkie płachty miałyby zgrabnie wyglądać na małej pupce. Formowanki to jednak wygodne rozwiązanie.

Jak już jesteśmy przy formowankach, to zdecydowanie wolę te cieńsze. Noworodek nie sika dużo a często się go przewija. Pielucha nie musi więc być jakoś szczególnie chłonna. Wszelkie formowanki z kieszonką okazały się zbędne. Niepotrzebnie też robiły efekt wielkiej pupy.  

Jeśli chodzi o zapięcie, przy formowankach bardzo wygodne okazały się troczki. Łatwo dopasować do rosnącego obwodu brzuszka a nie podrażniają jak rzepy. Miałam też kilka sztuk na napki (Ecopi) i choć były całkiem fajne, to jednak nie zawsze szło je dobrze dopasować. Napki toleruję przy otulaczach noworodkowych. Przy większych wybieram rzepy.

W kolejnym poście z serii pieluszkowej napiszę o pieluchowaniu małego niemowlęcia. Stay tuned!

środa, 19 listopada 2014

Karmienie w tandemie

Kiedy przygotowywałam Bubinkę na pojawienie się siostry, rozmawiałyśmy też o tym, że mała Jadzia będzie piła mleko mamy i że trzeba się będzie podzielić cycusiami. Córka mnie wtedy miło zaskoczyła i powiedziała: "Ona będzie piła z tego a ja z tego. A potem się zamienimy!" Kiedy wróciłam z Jadzinką ze szpitala i Buba widziała, jak ją karmię, też początkowo domagała się częstszych karmień jakby z obawy, żeby jej nie brakło. Początki były dla mnie trudne, o czym pisałam już w poprzednim poście. Z czasem jednak wszystko się unormowało i również z karmienia tandemu czerpię radość.

Jadzia jest karmiona wyłącznie piersią na żądanie. Bogusia już tylko rano i wieczorem (w dzień już przeważnie nie ma drzemki lub zasypia sama oglądając bajki). Zwykle karmię je oddzielnie i wolę taką opcję, gdyż mogę przyjąć wygodniejszą pozycję. Wieczorem jednak, gdy chcę szybko uśpić obie, karmię je jednocześnie. Kładę się na bok zwrócona w kierunku Jadzi a Bogusia przystawia się z góry. Niestety nie zawsze ta opcja podoba się młodszej. Zaczyna się denerwować i płakać. Wtedy muszę przeprosić Bubę i nakarmić Jadzię na siedząco, ewentualnie na chodząco. Bubinka trochę się wtedy złości, ale potrafi położyć się i zasnąć bez piersi. Próbowałam też karmić je obie w pozycji spod pachy, ale nie jest to najwygodniejsze, szczególnie dla starszej. Ale pamiątkowe zdjęcie jest ;)


Myślę, że m.in. dzięki tandemowemu karmieniu starsza córka szybko zaakceptowała pojawienie się młodszej siostry. Często ją przytula, głaszcze, całuje, mówi, że ją kocha. Mówi o niej "moja Jadzia". Przyznam też, że bardzo mi pomogła przy nawale pokarmu. Odciągała nadmiar skuteczniej niż jakikolwiek laktator. Zauważyłam również, że Bogusia po porannym karmieniu jest najedzona i nie chce śniadania a mimo to od narodzin Jadzi urosła ok. 5 cm i przytyła ok. 800 g. Widać moje mleko jej służy :)

Nie powiem, czasem myślę, że mogłaby się już odstawić, ale z drugiej strony cenię sobie te chwile bliskości przy piersi. Nie chcę jej i sobie jeszcze tego odbierać. Ale już widzę, że naturalne odstawienie jest coraz bliżej. Już niemal całkowicie wyeliminowałyśmy karmienie do drzemki a i wieczorem nie zawsze pierś jest potrzebna. Kto wie, może do trzecich urodzin zupełnie pożegna się z cycusiem?

czwartek, 23 października 2014

Baby blues... To minie!

Poród był cudowny. Jednak mimo to baby blues mnie nie ominął. Po powrocie ze szpitala musiałam ogarnąć życie z dwójką dzieci. Noworodek jest nieprzewidywalny. Nigdy nie wiesz, kiedy będzie chciał jeść i jak długo zabawi przy piersi. Czy od razu zaśnie, czy trzeba się będzie nagimnastykować, żeby uśpić? Czy da się odłożyć czy nie? Jak długo będzie spał? Czy hałas go zbudzi? Jak z tym wszystkim nie zwariować i jeszcze znaleźć czas dla siebie i dla starszej pociechy? A i obowiązki domowe same się nie zrobią.

Teoretycznie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Jednak rzeczywistość mnie dobiła. To, co było przecież tak normalne, psychicznie stało się nie do zniesienia. Pierwsze kilka dni spędziłam w koszuli nocnej. Czułam się zmęczona, wciąż dostrajałam się z moją Jadzią. Nie robiłam praktycznie nic prócz zajmowania się noworodkiem. Mąż chodził do pracy, ale miałam pomoc ze strony teściowej. Spędziła u nas tydzień a i później przyjeżdżała w razie potrzeby, żeby ugotować obiad, pozmywać, zająć się Bogusią. Bardzo sobie cenię tę pomoc, bo sama nie byłabym w stanie wszystkiego ogarnąć.

Bubinka bardzo pozytywnie przyjęła siostrę, ale jednak początkowo też miała problem z dostosowaniem się do nowych reguł. Zachowywała się głośno, kiedy usypiałam małą. Widząc Jadzię przy piersi, też domagała się karmienia częściej niż to było ustalone. Mówiła, że też nie ma zębów i jest małym dzidziusiem. Nie chciała bardzo nic innego jeść. Miałam nadzieję, że powoli będzie się odstawiać a tu znów regres. Kilka karmień w dzień, i co najmniej jedno nocne. Nie chciałam, żeby poczuła się odrzucona, więc się na to godziłam. Dwa dni z rzędu zsikała się do łóżka w czasie popołudniowej drzemki. Dotychczas zakładałam jej pieluchę już tylko na noc. Teraz znów zakładam asekuracyjnie również do drzemki. Do tego udawała, że sepleni. Mówiła tak po dziecinnemu. Jak wcześniej to było sporadyczne, tak później już prawie wcale normalnie nie mówiła, tylko tak sepleniąc. Mam świadomość, że to wszystko normalne w tej sytuacji. Wiem, że to mija, ale mimo to mnie to jakoś nerwowo dobijało.

Do tego miałam problem sama ze sobą. Ja, ta aktywna mama, która miała już ustalony swój plan dnia i tygodnia, która spełniała się działając na kilku polach, teraz musiałam wszelkie harmonogramy odłożyć na bok i poddać się chaosowi. Nie miałam czasu, żeby umyć włosy, posprzątać mieszkanie czy zrobić pranie, nie mówiąc już o pisaniu bloga, artykułów do Kwartalnika, czy planowaniu spotkań w Klubie Mam. Urlop macierzyński od tych zajęć musiałam wziąć czy tego chciałam czy nie. Potrzeby noworodka trzeba postawić na pierwszym miejscu. Odwykłam od tego i zastanawiałam się, po co mi to było? Po co zdecydowałam się na drugie dziecko? Jestem już za stara, ułożona, zbyt nerwowa i niecierpliwa. Nie radzę sobie. Nie radzę sobie z noworodkiem. A tym bardziej nie radzę sobie z noworodkiem przy 2,5-latce. I z nią sobie nie radzę. I właściwie z niczym. Wyć mi się chce. Nie, więcej dzieci nie chcę, bo chyba oszaleję do reszty. Niech ten baby blues mija!! Chaos totalny! Takie myśli miałam. Strasznie mnie to męczyło psychicznie i płakałam z bezsilności nie raz. Wciąż powtarzając sobie jak mantrę, że to minie. To minie! To minie! Te słowa pomogły mi nie zwariować.

Nie umiałam się ogarnąć przez te kilka tygodni. Albo siedziałam i narzekam, że nuda, bo tylko karmienie i karmienie z małymi przerwami, albo znów młyn, bo obie w jednym czasie musiały się rozwrzeszczeć. Bywałam niemiła i czasem podnosiłam głos. Klęłam jak szewc, aż się sama sobie dziwiłam, że takie wiązanki mi przez gardło przeszły. A później wstydziłam się swojego zachowania. Ciężko mi było fizycznie, szczególnie jak nie miałam nikogo do pomocy. Po 11 dniach odważyłam się wreszcie zamotać Jadźkę do chusty. Bogu dzięki za wynalazcę tej szmatki, bo dzięki temu mogłam coś jednak w domu zrobić. Psychicznie też miałam doły. Patrzę na Bubinkę i wspominam czasy, kiedy byłyśmy we dwie razem, miałyśmy sporo czasu dla siebie a teraz głównie Jadzią się muszę zajmować i Buba trochę spadła na dalszy plan. Trochę mi jej żal. Zaś patrzę na Jadzię i jest taka śliczna i kocham ją bardzo, choć jeszcze nie mam z nią takiej więzi. Wiedziałam, że to wszystko minie i będzie dobrze, ale na tamtą chwilę było mi ciężko.

Cały ten baby blues trwał około miesiąca. Teraz już jest lepiej, choć jeszcze wszystkiego nie ogarniam. Wyjście z dwójką dzieci to cała wyprawa. Codzienne spacery to jak na razie cel nieosiągalny. Choć już wpadam w jakiś rytm dnia. Jadzia zasypia przy piersi lub w chuście, później daje się odłożyć i śpi nawet po 3-4 godziny w dzień, dzięki czemu mogę sobie porobić w domu i pobawić się z Bogusią. W nocy też się wysypiamy, bo moje złote dziecko, Jadwiga potrafi przespać nawet i 6-7 godzin. Najlepiej jej się śpi na brzuchu. Kiedy to odkryłam, życie stało się prostsze. Pod tym względem totalnie różni się od swojej kompletnie nieodkładalnej siostry. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień jest już coraz lepiej. Dziś mogę powiedzieć, że choć zdarzają mi się gorsze momenty, to jednak ten poporodowy dół już za mną. Wreszcie zaczynam się cieszyć podwójnym macierzyństwem :)

wtorek, 7 października 2014

Relacja z porodu

Już ponad 5 tygodni minęło od narodzin Jadzi. Obiecałam Wam relację z porodu, więc czas na to najwyższy.

Do szpitala zgłosiłam się w czwartek 28. sierpnia. Byłam już osiem dni po terminie i nic nie wskazywało na rychłe rozwiązanie. Zostałam przyjęta na oddział i przeleżałam tam dwa dni. Drugiego dnia pojawiły się delikatne skurcze, które jednak nie rozwijały się w nic konkretnego a w nocy zupełnie zanikły. 

Wreszcie kolejnego dnia zapadła decyzja o wywołaniu porodu. Chciałam tego uniknąć i w sumie wciąż mogłam się nie zgodzić. Ale chciałam jak najszybciej być już w domu. Bardzo tęskniłam za Bogusią. Ona za mną też. Pierwszego wieczoru strasznie płakała, kiedy zrozumiała, że nie wrócę na noc. W kolejne dni było lepiej, ale i tak potwornie mi jej brakowało. Więc nie oponowałam, kiedy zaproponowano mi kroplówkę z oksytocyną.

Przyjmując się do szpitala miałam cichą nadzieję, że uda mi się rodzić z Kasią - położną, która prowadziła szkołę rodzenia. To jest naprawdę położna z powołania. Kiedy opowiada o porodach i wszystkim, co z tym związane, oczy jej promienieją a w jej głosie słychać zafascynowanie. Położnictwo to jej pasja, nie da się tego ukryć. Poznałyśmy się już trochę podczas tych kilku spotkań w szkole rodzenia, więc miałam do niej zaufanie i chciałam by towarzyszyła mi przy porodzie. Jednak kiedy okazało się, że mam rodzić w sobotę, trochę mina mi zrzedła, bo Kasia weekendy zwykle ma wolne. Ale jednak najważniejsze dla mnie wtedy było, żeby jak najszybciej móc wrócić do domu, do Bubinki.

O 8:00 rano wzięli mnie na blok porodowy i jakież było moje zaskoczenie, kiedy zobaczyłam tam Kasię! Od razu uśmiech pojawił się na mojej twarzy, nie było ani cienia strachu przed tym, co mnie czeka. Wiedziałam, że będzie dobrze, że mam świetną opiekę i sama jestem silna i dam radę. Kasia podpięła mnie do KTG. Maszyna rejestrowała jakieś skurcze, których ja kompletnie nie czułam. Po ok. 30 minutach dostałam kroplówkę i jeszcze trochę leżałam. Oksytocyna zaczęła działać, czułam skurcze, choć jeszcze bardzo delikatne. Jakoś koło 9:00 mogłam wstać z łóżka i spacerować po bloku. Razem ze mną na wywołanie wzięli też koleżankę z sali, więc miałam towarzystwo. Pozwolono nam zjeść lekkie śniadanie. Później zbadano postęp porodu. Startowałyśmy niemal tak samo. No to co, która pierwsza urodzi? ;)

Nie trwało długo kiedy zorientowałam się, że moje skurcze są dość regularne i częste. Wyciągnęłam komórkę, załączyłam stoper i aż się zdziwiłam. Miałam skurcze co 2 minuty po 30 sekund choć jeszcze nie były dotkliwe. Napisałam SMSa Iwonie - mojej douli, żeby się już zbierała. Chwilę potem skurcze stały się coraz bardziej bolesne. Umieścili mnie na sali porodowej i tam sobie chodziłam i przybierałam różne pozycje, które mi odpowiadały. Podobało mi się to, że byłam sama w przestronnej sali. Nikt mi nie przeszkadzał. Położna zaglądała co jakiś czas i pytała, czy wszystko w porządku i czy czegoś nie potrzebuję. Mogłam swobodnie korzystać z toalety i wszystkich sprzętów na sali. Najlepiej było mi na stojąco a w czasie skurczu się pochylałam i opierałam o fotel, albo o stojak na kroplówkę. Później na klęczkach oparta o piłkę.

Akcja postępowała bardzo szybko. Skurcze były coraz bardziej bolesne a przerwy między nimi krótkie. Pomyślałam sobie, jak to możliwe, że niektóre kobiety mają czas na relaks między skurczami, na rozmowę, na czytanie książki, na prysznic? Potem pomyślałam, że to ze mną jest coś nie tak. Czy to możliwe, że to tak szybko idzie i zaraz urodzę? Na lewatywę czy znieczulenie było za późno. Jak już miałam rozwarcie na 7 cm to mnie zemdliło. Spędziłam kilka chwil nad toaletą, ale nie wymiotowałam. Kasia zaproponowała, żebym weszła na pół godziny do wanny. Zdążyłam wejść tylko na kilka minut. Wtedy też dojechała doula. Na sam finisz właściwie ;) Ale dokładnie wtedy była mi najbardziej potrzebna. W wannie miałam kilka skurczy, które najlepiej mi było przetrzymać na klęczkach. Iwona polewała mnie wodą i masowała w krzyżu. Odeszły mi wody. Wyszłam z wanny i były dwa mega bolesne skurcze, że już tam płakałam i zastanawiałam się, po co mi to było.

Położyłam się na fotelu, położona mnie zbadała i powiedziała, że rozwarcie całkowite i jak poczuję parcie, to działać. Poparłam kilka razy modląc się, żeby to szybko poszło, bo mnie potwornie bolało. Kasia i Iwona bardzo mnie wspierały i pomagały. No i o 11:03 Jadwiga pojawiła się na świecie i od razu trafiła w moje ramiona. Dopiero wtedy na salę weszły lekarki - ginekolog i neonatolog. Witałam córkę, głaskałam ją i przytulałam. Później sama odcięłam pępowinę.

Popękałam, ale tylko trochę. Pozszywali mnie a potem przewieźli do tzw. bocianka, gdzie przez dwie godziny tuliłam się z Jadzinką i przystawiłam ją do piersi. Załapała od razu. Mąż przyjechał na chwilę, przywitał się z córką, porobił fotki i pojechał świętować. Potem mi Jadzię umyli, zważyli, zmierzyli, ubrali i o 14:00 pojechałyśmy na salę. Poród był ekspresowy. Dwie godziny i po sprawie. A koleżanka z sali męczyła się jeszcze kolejne trzy. Tak, to ja mogę rodzić. Choć w najbliższej przyszłości nie zamierzam.

Po doświadczeniach poprzedniego porodu, który daleko odbiegał od hasła "rodzić po ludzku", moim marzeniem było urodzić w domu. W spokojnej atmosferze, wśród najbliższych, w spokoju, w zgodzie z rytmem własnego ciała. Niestety to marzenie musi jeszcze poczekać na realizację. Ale już teraz mogę powiedzieć, że i szpitalny poród może być naprawdę piękny. Jeszcze raz dziękuję fantastycznej położnej Katarzynie Żak, prawdziwemu Aniołowi, która poprowadziła nas przez całą tę piękną drogę. Dziękuję Ci Kasiu za Twój spokój, za pozytywne słowo, którym mnie wspierałaś, za profesjonalizm w swoim fachu, za to, że po prostu byłaś z nami. Dziękuję też mojej douli Iwonie Pinocy, która zdążyła przyjechać właściwie na sam finisz, ale dała mi ogromne wsparcie właśnie w tym najtrudniejszym momencie. Dziękuję Ci Iwonko za Twój uśmiech, dobre słowo, za masaż, za wiarę w to, że dam radę. Sama byłam zaskoczona tak szybkim rozwojem akcji. To dzięki Wam Jadzia mogła przyjść na świat w fantastycznych warunkach, w spokoju, tak jak powinno być. Jestem szczęśliwa! Jeszcze raz dziękuję!

Po porodzie spędziłyśmy w szpitalu kolejne dwa dni. Aż wreszcie mogłyśmy wrócić do domu, do rodziny. Kiedy przyjechałam, od razu przywitałam się z Bogusią. A ona... nawet nic nie powiedziała, tylko wtuliła się we mnie mocno a z oczu pociekły łzy wzruszenia. Tak bardzo za sobą tęskniłyśmy! Dopiero chwilę później zainteresowała się nową siostrzyczką i chciała ją zobaczyć. Przyjęła ją bardzo pozytywnie. Teraz codziennie mówi, że ją kocha, przytula ją, głaszcze i całuje. Mówi o niej "moja Jadzia". Cieszę się :) 

czwartek, 18 września 2014

Jaka jest Twoja supermoc?

Pierwsza myśl, jaka mnie naszła zaraz po urodzeniu Bubinki: "Nareszcie! Już po wszystkim." I uczucie ulgi. Żadnej euforii, żadnego zakochania w noworodku. Tylko ulga.

Pierwsza myśl, jak mnie naszła po urodzeniu Jadzi: "Chcę ją przystawić do piersi". Poród był szybki i fantastyczny. Właściwie nie zdążyłam się zmęczyć, więc żadnej ulgi nie poczułam. Myślałam tylko o tym, żeby już ją nakarmić. Taka krejzolka ze mnie ;)

Pamiętam pierwsze karmienie Bogusi. Pielęgniarka przyniosła mi córkę już umytą i ubraną i przystawiła mi do piersi. A raczej ścisnęła mi sutka i wepchnęła małej do buzi. Aż mnie to zszokowało.

Pierwsze karmienie Jadzi wyglądało zupełnie inaczej. Po porodzie mogłyśmy się przytulać skóra do skóry przez dwie godziny. W tym czasie pozwoliłam małej samej dopełznąć do sutka. Trochę jej pomogłam, żeby złapała i potem już ssała pięknie. Zdjęcie w poprzedniej notce przedstawia właśnie nasze pierwsze karmienie.

Cieszę się, że mogę dać moim córeczkom to czego najbardziej potrzebują na start - bezwarunkową miłość, opiekuńcze ramiona, poczucie bezpieczeństwa, bliskość i najlepszy pokarm dopasowany indywidualnie do każdej z nich.


Koszulkę dostałam już miesiąc temu od koszulove.com. Jak tylko dojdę do swojego rozmiaru sprzed ciąży (a mam nadzieję, że to nastąpi niedługo), chętnie ją założę i będę nosić z dumą. Produkuję mleko. Indywidualnie dopasowane zarówno dla mojej 2,5-tygodniowej Jadzi jak i dla 2,5-letniej Bogusi. Zawsze w odpowiedniej temperaturze, w odpowiedniej ilości, sterylne, świeże i przyjemnie podane :) Z miłością dla moich dzieci. A jaka jest Twoja supermoc? ;)

środa, 17 września 2014

Jadzia już jest z nami!

To już ponad dwa tygodnie jak Jadzia jest z nami. Dokładnie 30. sierpnia o 11:03 przyszła na świat nasza druga córeczka. Ważyła 3260 g i mierzyła 55 cm. Poród miałam wywoływany, ale przebiegł ekspresowo i bez problemów. To był piękny poród... więcej o tym będzie w osobnej notce.


Tymczasem wciąż próbuję ogarnąć rzeczywistość z dwójką dzieci. A to nie jest łatwe. Fizycznie mi ciężko, psychicznie też. Dopadł mnie baby blues, co skutecznie odbiera mi chęci na cokolwiek. Na szczęście przez większość czasu mogę liczyć na pomoc męża, rodziców, siostry czy teściowej. Zajmują się Bogusią, czasem ugotują obiad czy pozmywają naczynia. To już dużo.

Ja teraz głównie siedzę i karmię. A że mogę to robić przed komputerem, to znaczy, że już niebawem możecie się spodziewać nowych postów na blogu :)