sobota, 22 grudnia 2012

Przedświątecznie

Nie zauważyłam końca świata. I rozczarowana nie jestem. Żyjemy dalej i cieszymy się nadchodzącymi świętami. Ostatnie prezenty kupione. Popełniłam też wczoraj zaproszenia na roczek. Wyszły o tak:

 


Dzisiejszy poranek spędzam robiąc ostatnie przedświąteczne porządki. Małżonek mój w pracy, więc jakoś sama się muszę z tym uporać. Jego zadanie na dziś to kupno choinki po drodze z roboty. Potem ratatuja na obiad a później wysyłam męża i córę do dziadków a ja się odprężę tworząc kolejne ozdoby choinkowe. A jak starczy mi czasu, to jeszcze prezenty popakuję. Zapowiada się całkiem przyjemny dzień :)

czwartek, 20 grudnia 2012

Nie dla idiotów?

To jest być może już ostatnia notka na tym blogu. Nie ostatnia przed świętami. Nie ostatnia w tym roku. Ostatnia w ogóle! Toż przecież jutro już będzie po wszystkim.

Zajmijmy się więc cyklem reklamowym, a konkretniej najnowszej reklamie Media Markt i całej ich kampanii "Okazje na koniec świata". W filmie widzimy parę wybitnie zdolnych naukowców, którzy patrzą przez teleskop na Słońce. I to w środku nocy!! Ci naukowcy przyznają Majom rację. Koniec świata jednak będzie 21. grudnia. To już jutro! Co więc robi każdy człowiek przygotowując się na rychły koniec? Robi rachunek sumienia? Zamyka sprawy? Godzi się z rodziną i Bogiem? Modli się? Robi coś, o czym marzył całe życie a nie miał dość odwagi, by to zrealizować? Nie! W obliczu rychłej zagłady każdy przecież idzie się obłowić w nowoczesne elektroniczne gadżety. Toż to przecież oczywiste! Tak, Media Markt jest jednak dla idiotów...

środa, 19 grudnia 2012

Gorączka przygotowań

Gorączka przedświątecznych przygotowań mnie dopadła. Porządki prawie zrobione, prezenty po części kupione. Dzisiaj dokupię resztę. Ostatnio jednak sporo czasu zajmuje mi tworzenie świątecznych ozdób. Wczoraj udało mi się dokończyć filcowe aniołki, które zawisną na choince. Oto one:




Myślę też intensywnie o pierwszych urodzinach Bubinki, które już w styczniu. Przyjęcie odbędzie się w domu. Lista gości jest. Strój dla jubilatki skompletowany. Matka założy cokolwiek. Trzeba jeszcze kupić balony, które ozdobią pokoje, zamówić catering, pomyśleć nad tortem i uzgodnić z księdzem termin uroczystego nabożeństwa. No i oczywiście rozdać zaproszenia, które jeszcze w powijakach a czasu zostało niewiele. Sama je robię. Pomysł już mam i większość materiałów też. Zostało tylko wywołać Bubinkowe zdjęcie w ilości sztuk 8 i posklejać całość. Jak będą gotowe, też się pochwalę efektem. Sen z powiek spędza mi jeszcze kwestia roczkowego prezentu. Myślałam nad prezentacją ze zdjęć z pierwszego roku życia Bogusi, ale to też czasochłonne zajęcie, które zajmie mi poświąteczne poranki. Spróbuję zdążyć i wtedy pokaz będzie jednym z punktów programu urodzinowej imprezy.

piątek, 14 grudnia 2012

Butelka w prezencie?

Jak już wiecie, mam polubionych na Facebooku kilka stron producentów mleka modyfikowanego czy innych żywności dla niemowląt i małych dzieci. Wcale nie pałam sympatią do tych firm. Niektóre wręcz mnie irytują swoją polityką marketingową i innymi działaniami. Kliknęłam "lubię to", żeby być na bieżąco. Otóż co jakiś czas na tych stronach pojawiają się ciekawe pytania dotyczące opieki nad dziećmi czy artykułów dziecięcych. Pytania ciekawe, ale jeszcze ciekawsze bywają odpowiedzi i wnioski, jakie się nasuwają po ich przeczytaniu. Ostatnio zainspirowana Nestlé pisałam o rozszerzaniu diety a teraz ciekawych obserwacji dostarczyło mi Bebiko zadając pytanie: "Mamy, pierwszą buteleczkę dla swojego maluszka kupiłyście same, czy może ktoś podarował ją Wam w prezencie?"

Już samo pytanie zakłada, że dziecko bez butelki, i to nie jednej, się nie obejdzie. No, ale pytają o tę pierwszą. Ja przyznam, że pierwszą butelkę kupiłam sama będąc jeszcze w ciąży. Teraz tak myślę, że sama nie wiem po co, skoro od początku wiedziałam, że będę karmić piersią. No, ale jak wiele mam, padłam ofiarą marketingu pod tytułem "Kup butelkę na wszelki wypadek." Do dziś butelka nie była potrzebna. Właściwie, to raz zrobiłam w niej mieszankę i kilka razy herbatkę, ale córka w ogóle nie chciała tego do ust wziąć. Teraz myślę, że to bardzo dobrze. Kolejne 3 butelki mam w komplecie z laktatorami. Dwie z nich używane tylko, by odciągnąć trochę mleka przy nawale i je wylać. Tyle moich butelkowych doświadczeń. A inne mamy co odpowiadały?

Wiele z nich same zaopatrzyły się w butelki. Są i takie, którym podarowano. I na nich chciałabym się skupić w tym poście. Niektóre nie precyzowały kto i kiedy podarował im butelki, ale kilka odpowiedzi mnie zastanowiło:
 
"Moją pierwsza buteleczkę dostałam gratis od pani sprzedawczyni w sklepie, w którym kupiłam wyprawkę dla swojego synka."
"Dostałam od położnej w szkole rodzenia."
"Dostałam od szpitala w prezencie razem z wyprawką."

Kiedy byłam w ciąży, tak na to nie patrzyłam, ale teraz niesamowicie mnie to razi. Zachodzę w ciążę, kupuję wyprawkę i gratis od sklepu dostaję butelkę, bo nie uwzględniłam jej na liście a przecież to absolutnie konieczny zakup! Na służbę zdrowia też nie ma co liczyć, bo zamiast od początku wspierać naturalne karmienie, już w szkole rodzenia rozdaje się butelki. A jak nie w szkole rodzenia, to zaraz po urodzeniu dziecka, szpital zapewnia taką wyprawkę. Marketing producentów butelek jest nachalny! A potem się dziwić, że pierworódki nie wierzą, że będą mogły karmić naturalnie. Nie mają tyle pewności siebie i przy pierwszych trudnościach sięgają po butelkę w duchu wielbiąc darczyńcę. Wiadomo, biznes.

Natomiast chyba kompletnie bym się obraziła, gdyby butelkowy prezent sprawił mi ktoś bliski. "Jak mój maż dowiedział się, że jestem w ciąży, to już w 4 miesiącu kupił mi buteleczkę 125 ml" - pisze jedna mama. Dowiedział się, że ojcem zostanie? To może by żonę wyściskał, kwiaty kupił, zabrał na wycieczkę, kolację w restauracji albo chociaż wyręczył w części domowych obowiązków. Ale nie, od razu z butelką! Od razu trzeba żonie uświadomić, że od tego momentu nie jest już kobietą, żoną a jedynie matką. I to matką, która nie będzie w stanie karmić piersią. Albo nawet jak będzie w stanie to należy jej to wybić z głowy. Taki prezent od męża, to znak, że nie akceptuje on naturalnego karmienia. Nie pogodzi się z tym, że teraz piersi jego żony miałyby służyć zaspokojeniu głodu dziecka a nie jego erotycznym fantazjom. Jakby do mnie mąż przyszedł z takim prezentem, to chyba bym go nim po głowie zdzieliła w przypływie ciążowych hormonów albo przynajmniej kazałbym mu się wypchać.

"Pierwszą kupiła babcia/teściowa/mama/przyjaciółka." Dziewczyny niestety nie precyzują, czy te butelki dostały będąc jeszcze w ciąży, czy w ramach prezentu kiedy maluszek pojawił się na świecie, czy na wyraźne ich życzenie: "Mamo, potrzebna jednak butelka. Kup jakąś po drodze". Kiedy potrzebna jest butelka, to rozumiem taki prezent. Ale narzucanie się z tym gadżetem młodej matce, która świetnie radzi sobie z karmieniem piersią, albo matce, która właśnie przechodzi laktacyjny kryzys, albo matce dopiero oczekującej potomstwa to jakaś pomyłka! Ojciec, brat, przyjaciel... jeszcze zrozumiem. Ale mama, teściowa, siostra? Kobieta? Kobieta, która sama jest matką? Ona też nie akceptuje natury? Przeklęty marketing...

czwartek, 13 grudnia 2012

Leniwa matka

Jestem leniwą matką, przyznaję. Wychodzę z założenia, że jeśli nie muszę komplikować sobie życia, to tego nie robię.

Karmię piersią z lenistwa. Po prostu nie wyobrażam sobie co chwilę gotować wodę, odmierzać proszek, mieszać, sprawdzać temperaturę a po karmieniu myć butelki, smoczki, wyparzać, sterylizować. Nie spać po nocach, tylko przy akompaniamencie bubinkowego płaczu z oczami na zapałkach szykować mleko. Do tego co chwilę do sklepu latać po zapas mieszanki a na wyjścia zabierać ze sobą dodatkową torbę na butelkowe akcesoria. I denerwować się za każdym razem, kiedy trzeba wylać zawartość butelki, bo to tyle kosztuje, a mała miała ochotę tylko na dwa łyki a nie na całe 250 ml.

Zamiast tego o każdej porze dnia i nocy, czy to w domu czy poza nim, jak tylko Buba chce jeść, wyciągam pierś i karmię. Idealny skład i temperatura, zawsze gotowe do podania. I czy chce konkretnie pojeść czy pociamkać trzy razy, nic się nie zmarnuje. Jest za darmo i nigdy nie braknie, bo tworzy się na bieżąco. No i nie potrzeba dodatkowych akcesoriów.

Rozszerzam młodej dietę metodą BLW z lenistwa. Nie widzę siebie spędzającej godzin na gotowaniu, ucieraniu, miksowaniu papek, później karmieniu brzdąca, który niekoniecznie współpracuje a potem myciu tych wszystkich naczyń i akcesoriów użytych do obiadu. Nie wyobrażam też sobie wydawania niemałych pieniędzy na specjalne dania dla niemowląt i targania na dłuższe wyjścia razem z akcesoriami butelkowymi dodatkowych słoiczków, kaszek, miseczek i łyżeczek.

Wolę zrobić jeden obiad i podzielić się nim z córką. Jemy wszyscy razem o jednym czasie, przy jednym stole, każdy sam. To samo u znajomych czy w restauracji. W prawdzie jest trochę bałaganu, ale zapewniam, że umycie dziecka, krzesełka i podłogi zajmuje mniej czasu niż mycie wszystkich akcesoriów przy samodzielnym gotowaniu i ucieraniu papek. A maluch od początku uczy się samodzielności przy stole i czerpie radość ze wspólnych posiłków.

Śpię z Bogusią w jednym łóżku z lenistwa. Po prostu nie chce mi się co chwilę wstawać do płaczącego dziecka albo i do niepłaczącego, żeby sprawdzić czy oddycha, czy przykryta. Nie chcę, żeby Bubinka swoim płaczem stawiała na nogi cały dom.

Mam ją przy sobie, w każdej chwili mogę sprawdzić czy śpi, w jakiej pozycji, czy się nie odkopała spod kołdry. A jak tylko zacznie się wiercić lub ledwo kwięknie, wyciągam pierś i śpię dalej. Bez rozbudzania, bez wstawania. Z wygody! Do tego nie potrzebuję w sypialni dodatkowego miejsca, nie potrzebuję łóżeczka, materacyka, prześcieradełka, osobnej kołderki i 3 poszewek na zmianę, ochraniacza na szczebelki itp.

Tak, zdecydowanie jestem leniwą matką!

wtorek, 11 grudnia 2012

Zdrowy start w przyszłość

Wczoraj na Facebooku Nestlé - Zdrowy Start w Przyszłość (sic!) zadało pytanie: "W którym miesiącu zaczęliście rozszerzać dietę Waszego dziecka?" Chciałam napisać, że w lipcu, ale pewnie chodzi o miesiąc życia dziecka ;)

Z odpowiedzi wynika, że znaczna większość matek rozszerza dietę dziecka po czwartym miesiącu. Myślę, że ma to związek z oznaczeniami na słoiczkach. Tylko kilka (w tym także ja) na ponad 250 wypowiedzi przyznała się do wprowadzenia pierwszych posiłków dopiero po szóstym miesiącu. Było też wcale niemało mam, które zaczynają karmić czym innym niż mlekiem już dwu- i trzymiesięczne niemowlęta. Tłumaczą się, że dały na skosztowanie i zasmakowało. Że lekarz dał zielone światło itp. A ja się pytam: Po co?! Może i lekarz dał zielone światło, bo zapytały. Lekarz pewnie sam od siebie nie karze wprowadzać marchewki czy innego jabłka w trzecim miesiącu. Ale pytanie, czy zgoda lekarza naprawdę oznacza, że rozszerzanie diety jest w tym wieku absolutnie konieczne, kiedy zupełnie wystarczy mleko?

Mogę jeszcze zrozumieć podanie jakiegoś przecieru warzywnego. Ale czytając niektóre odpowiedzi, włos mi się jeżył na głowie. To ja się zastanawiam, czy mojej 11-miesięcznej córce podać od czasu do czasu kawałek czekoladki a inni już 3 miesięczne pociechy karmią Danonkami i Monte, gdzie prócz czekolady jest masa cukru, zagęstników, konserwantów, sztucznych barwników i aromatów. Albo przyprawiają zupki dziecka Maggi... Jedna mama podająca dzieciom sok marchwiowy "na poprawę koloru cery" od trzeciego tygodnia życia a Danio dwumiesięcznym maluchom "bo zasmakowało" pisze, że nie trzyma się schematów żywienia, bo "książkowe wychowywanie dzieci to jak sprzątanie z poradnikiem". Ja też nie karmię dziecka wg schematu, chyba że schematem nazwiemy sześć miesięcy wyłącznie na piersi a potem właściwie wszystko byle zdrowo, ale porównywanie sprzątania mieszkania do karmienia niedojrzałego układu pokarmowego dziecka to nieporozumienie.

Padają koronne argumenty typu "żyje i ma się dobrze". Może i te dzieci są teraz zdrowe (albo wydają się takie), ale w przyszłości mogą cierpieć na otyłość, cukrzycę, wszelkiej maści alergie, nadciśnienie, refluks, wysoki poziom cholesterolu, nowotwory. Oczywiście nikomu tego nie życzę, ale czasem warto się zastanowić. Szczególnie w czasach, kiedy niemal wszyscy narzekają na brak kasy, a jednak nie żałuje się jej na słoiczki czy inne pseudodeserki dla niemowląt, które bez nich świetnie by się obeszły. Dajmy dzieciom prawdziwie zdrowy start w przyszłość!

poniedziałek, 10 grudnia 2012

A co, jeśli się zadławi?

"Sześciomiesięczne niemowlę ma jeść SAMO jedzenie W KAWAŁKACH? A co, jeśli się zadławi?" To chyba najczęściej poruszana obawa przez sceptyków metody BLW.

Trzeba tu jeszcze wytłumaczyć różnicę między krztuszeniem się i dławieniem się. Krztuszenie się to odruch wymiotny, który pozwala usunąć kawałki jedzenia z dróg oddechowych, gdy są zbyt duże, by je przełknąć. Takie zjawisko obserwujemy dość często u dziecka uczącego się radzić sobie z kawałkami jedzenia. Dziecko kaszle i wypycha język.

U dorosłych odruch wymiotny uruchamia się w tylnej części języka. U sześciomiesięcznego dziecka odruch ten generuje się znacznie bliżej przedniej części języka. Jest go więc łatwiej wywołać, kiedy jeszcze jedzenie znajduje się znacznie dalej od dróg oddechowych. Odruch ten spełnia rolę systemu wczesnego ostrzegania. Ale musimy pamiętać, że w miarę dorastania, punkt na języku uruchamiający odruch wymiotny przesuwa się do tyłu a krztuszenie zaczyna się pojawiać dopiero wtedy, gdy pokarm znajduje się bliżej gardła. Dlatego dzieci, którym długo podawano gładko zmiksowane pokarmy i nie pozwolono odkrywać samodzielnie jedzenia w kawałkach, mają później większe trudności z trzymaniem pokarmu z dala od dróg oddechowych i częściej się dławią.

Krztuszenie się jest odruchem nie tylko niegroźnym, co prawidłowym i kluczowym w nauce radzenia sobie z jedzeniem. Zalicza się do reakcji obronnych organizmu. Żeby jednak zadziałał prawidłowo, dziecko musi siedzieć prosto, by pokarm mógł być wypchnięty do przodu a nie wpadł dalej do dróg oddechowych. Kiedy dziecko się krztusi, odkasłuje i wypycha jedzenie językiem z buzi, nie należy mu w tym pomagać przez poklepywanie po plecach, tak często spotykane acz szkodliwe dźwiganie rąk do góry czy wręcz branie malca na ręce, wywracanie go do góry nogami. Ono sobie samo poradzi! A niepotrzebną interwencją możemy mu nawet zaszkodzić. Co innego przy zadławieniu.

Dławienie się zdarza się wtedy, gdy drogi oddechowe zostaną całkowicie zablokowane. W takim wypadku dziecko nie jest w stanie samo odkrztusić i potrzebuje pomocy. Po czym poznać, że dziecko autentycznie się dławi? Dziecko nie kaszle, tylko przeciwnie, jest ciche, gdyż przez przeszkodę w gardle nie przedostaje się powietrze. Szeroko otwiera oczy i usta, robi się czerwone albo nawet sine. Zwykle energicznie macha kończynami i podskakuje na krześle walcząc o oddech. To znak do interwencji. Wtedy koniecznie musimy wyjąć malca z krzesełka i pomóc mu usunąć kawałek jedzenia stosując standardowe techniki pierwszej pomocy.

Są dwa czynniki ułatwiające zadławienie:
- gdy ktoś inny wkłada jedzenie lub picie do buzi niemowlęcia
- pozycja odchylona do tyłu

Jedząc samodzielnie, dziecko ma kontrolę nad tym co, w jakiej ilości i w jakim tempie wkłada sobie do ust. Dajmy więc dziecku czas, by mogło przyjrzeć się jedzeniu, dotknąć je, poobracać w dłoni, spróbować rozgnieść. To pozwala mu zbadać jego wielkość, konsystencję, stopień miękkości. Dzięki temu będzie wiedzieć jak sobie z tym poradzić w buzi. Zapewne na początku będzie je tylko lizać czy smakować mały kawałek a później coraz pewniej wkładać do buzi większe kęsy i obracać je językiem. Będzie też wiedziało, kiedy może sięgnąć po kolejny kawałek. Samodzielne jedzenie zajmuje dziecku więcej czasu, ale uczy radzenia sobie z różnym rodzajem pokarmów i zdecydowanie zmniejsza ryzyko zadławienia.

Odchylenie do tyłu w czasie jedzenia również grozi zadławieniem. Dorośli raczej nie jedzą na leżąco, a kiedy już im się zdarza to w sytuacji, kiedy kawałek pokarmu wpadnie za głęboko, momentalnie podnoszą się a wręcz pochylają do przodu, by odkrztusić. Małe niemowlęta jeszcze same tego nie potrafią, więc w momencie zakrztuszenia jedzenie zamiast na zewnątrz wpada jeszcze głębiej. Dlatego warunkiem rozszerzania diety metodą BLW jest fakt, że dziecko potrafi siedzieć prosto, żeby w razie czego mogło się pochylić do przodu i zwrócić kawałek jedzenia. Może być na kolanach rodzica albo w wysokim krzesełku z prosto ustawionym oparciem. Nie karmimy dziecka w pozycji półleżącej, np. w leżaczku lub foteliku samochodowym!! Jeśli ten warunek jest spełniony, BLW nie zwiększa prawdopodobieństwa zadławienia się w porównaniu do karmienia łyżeczką. Być może to ryzyko jest nawet mniejsze.


Notkę opracowano na podstawie Gill Rapley, Tracey Murkett "Bobas lubi wybór", str. 61-65.