środa, 28 sierpnia 2013

Rośnie nam smakosz

Jutro na spotkaniu klubu mam w Rybniku znów głos zabiorę ja. Tym razem tematem będzie BLW. Wobec tego dzisiejsza notka będzie o jedzeniu... i nie tylko.

Bubinka ostatnio wybitnie się rozgadała. A do tego potrafi dobitnie wyrażać własne zdanie. Nie ma, że boli. Nie ma, że się nie chce. Nie ma, że jest co innego do zrobienia w domu. Kiedy Bogusia mówi "Na wól! Bawić pachu!" albo "Na wól! Pika!" to trzeba na dwór wyjść i się w piachu, ewentualnie piłką pobawić. W przeciwnym wypadku jest ryk. Oj tak, sławetny bunt dwulatka nadchodzi ;)

No ale co to ma do jedzenia? Oprócz tego, że BLW świetnie przyczynia się do rozwoju mowy to jeszcze dzięki tej metodzie celebrujemy rodzinne posiłki i właśnie Bogumiła postanowiła włączyć się do konwersacji przy obiedzie. A przy okazji poznać nowe smaki...

Wczoraj przy obiedzie mąż wyciągnął z kapusty ziele angielskie i odłożył na bok.
Buba: To jes?
Mama: Ziele angielskie. Taka przyprawa.
Buba: Totować.
Mama: Chcesz skosztować?
Buba: Tak.
Mama: Co chcesz skosztować?
Buba: To. Kulke.
Mama: To nadaje aromat daniom, ale tego się raczej nie je.
Tata jednak podał kulkę córce a ona włożyła ją do buzi. Rozgryzła bez skrzywienia ust. Połknęła i oceniła...
Buba: Doble.

Dzisiaj na śniadanie była bułka z masłem, wędliną, serem żółtym i pomidorem. Dla siebie wybrałam wędlinę z czosnkiem i jakimiś ziołami a dla Bogusi szynkę o łagodniejszym smaku. Jednak mała widząc, że ja mam coś innego zażądała tego samego. Dałam jej plasterek wędliny. Ona obejrzała go z każdej strony a widząc nieco zielonego przy skórce ze znawstwem stwierdziła: "ziowowa!" i zjadła.

Tak, zdecydowanie moje dziecko nie boi się próbować nowych smaków i chętnie korzysta z możliwości wyboru nawet najbardziej kontrowersyjnych potraw bądź zestawień (ogórek kiszony zajadany galaretką owocową w czekoladzie). Wiwat BLW!

piątek, 23 sierpnia 2013

Nosidło vs. wisiadło

Wczoraj na spotkaniu mam w Klubie Aktywnego Malucha "Widzi Misie" mówiłam o różnicach między nosidłem a tzw. wisiadłem i dlaczego nie nosić dziecka przodem do świata. Spotkanie było bardzo sympatycznie. Cieszę się, że przyszło dużo mam, które chętnie słuchały i dzieliły się też swoimi opiniami. Postanowiłam, że skoro już przygotowałam i przedstawiłam prelekcję, to warto też podzielić się wiedzą z czytelnikami bloga.

Na temat noszenia dzieci pisałam już kilkukrotnie, np. TU, TU i TU. O noszeniu przodem do świata pisałam TU, więc powtarzać się nie będę. Skupię się więc dziś na przedstawieniu różnic między nosidłem a tzw. wisiadłem. Na początek jednak kilka zdań przypomnienia.

Ludzkie dziecko należy do tzw. noszeniaków, to znaczy, że w wieku niemowlęcym jest przystosowane do ciągłego kontaktu fizycznego lub bezpośredniej bliskości z rodzicem. Dzięki tej bliskości ma pewność, że jest bezpieczne, że nie zostało porzucone. W procesie ewolucji współczesne ludzkie niemowlę zachowało w szczątkowej formie odruch chwytny w rękach. Również, gdy tylko podniesiemy niemowlę z ziemi, ono od razu podciąga nóżki i odpowiednio je układa jakby spodziewając się ułożenia na biodrze opiekuna. Pozycja, którą dziecko przyjmuje siedząc na biodrze jest najbardziej fizjologiczną pozycją zapobiegającą dysplazji stawu biodrowego i jego zwichnięcia. Nosząc malucha możemy też zauważyć, że jak tylko wykonamy jakiś gwałtowny ruch albo dziecko przestraszy się przejeżdżającego motocykla lub gdy schodzimy z nim po schodach, niemowlę natychmiast zaciska mocniej nóżki i rączki, tym samym okazując swój aktywny udział w noszeniu. Noszenie jest więc czymś naturalnym dla naszego gatunku!*

Pytanie: w czym nosić? W skrócie: na rękach, w chustach lub nosidłach miękkich. Noszenie w chuście jest bezpieczne i zdrowe. Dzieci rodzą się z fizjologicznie zaokrąglonymi plecami. Jakoś się musiały zmieścić w brzuchu mamy i były tam zwinięte w kłębek a nie wyprostowane na baczność. Kręgosłup dziecka prostuje się stopniowo w miarę rozwoju i wzmacniania mięśni. Chusta obejmuje dziecko ściśle jak bandaż, nie wymusza nienaturalnej pozycji z prostymi plecami, tylko je podtrzymuje. Noszenie dziecka w chuście pozwala też uniknąć dysplazji stawu biodrowego lub walczyć już ze zdiagnozowanym schorzeniem. Wynika to z pozycji jaka jest wymagana podczas noszenia: lekko zaokrąglone plecy, odwiedzione nóżki, brzuszek skierowany do ciała noszącego. Chusty wiązanej można używać od narodzin i jest to najlepsza propozycja dla noworodków i małych niemowląt. 

Wiele mam chce nosić, ale wiązanie chusty je przeraża. Wybierają więc nosidła. Przy wyborze nosidła trzeba jednak zwrócić uwagę na kilka spraw. 

1. Przede wszystkim wybieramy nosidła miękkie (Mei Tai, Ergonomiczne itp.), które dopasowują się do ciała dziecka a nie sztywne pancerze, które wymuszają proste plecy. 

2. Nosidła nadają się dla dzieci, które już siadają. Nie siedzą posadzone, ale same potrafią przyjąć pozycję siedzącą z leżenia, czyli zwykle ok. 7-9 miesiąca. Dla młodszych niemowląt lepszym rozwiązaniem jest chusta. 

3. Nie nosimy dzieci w chustach i nosidłach przodem do świata!

Niestety tak zwane wisiadła, które reklamowane są m.in. tym, że można nosić w nich dziecko na wiele sposobów, np. przodem do świata zdobywają coraz większą popularność. Wisiadła to wszystkie nosidła z wąskim paskiem materiału między nogami dziecka, w których dziecko nie siedzi ale raczej wisi na kroczu.  

Nie należy ich używać, gdyż:
- zwykle są sztywne i nie podpierają odpowiednio pleców dziecka
- nie da się ułożyć dziecka w pozycji żabki z ugiętymi nogami, nogi wiszą
- dziecko nie jest ściśle przywiązane do noszącego tylko jakby do niego doklejone, dynda luźno
- środek ciężkości jest przesunięty, co sprawia, że noszenie nie jest komfortowe a wręcz bolesne

Poniżej kilka zdjęć, które pokazują różnice w ułożeniu dziecka w nosidle ergonomicznym i wisiadle.


Widzimy tu różnicę w ułożeniu kości biodrowych. Wisiadło nie zapewnia odpowiedniej pozycji z szeroko rozstawionymi nóżkami. Kiedy nóżki dziecka wiszą swobodnie kość biodrowa nie jest we właściwym ustawieniu. Jest wyjęta z panewki, co w tak młodym wieku może powodować dysplazję.


Tu widzimy starsze dziecko. Zwróćcie uwagę jak w nosidle Tula dziecko wygodnie siedzi z szeroko rozstawionymi nóżkami. Ciężar ciała opiera się na pupie. Na ujęciu z boku widać, że panel nosidła ściśle otula plecy. Plecy są lekko zaokrąglone. Dziecko jest przytulone do mamy. W wisiadle BabyBjörn dziecko nie siedzi tylko wisi na kroczu a nóżki dyndają bez należytego podparcia. Ujęcie z boku wyraźnie pokazuje, że dziecko ma wymuszoną prostą postawę kręgosłupa. Nie jest też przytulone do noszącej a jakby do niej doklejone. Środek ciężkości jest przesunięty do przodu, co utrudnia noszenie. Dodatkowo brak pasa biodrowego zbyt mocno obciąża plecy. Nie da się długo nosić dziecka w ten sposób. Można zrujnować kręgosłup nie tylko malucha ale i swój.



Na powyższych zdjęciach zwróćcie szczególną uwagę na to jak dziecko w wisiadle kurczowo trzyma się rodzica. To są już starsze dzieci, więc myślę, że niesamowicie niewygodnie a może nawet boleśnie odczuwają, kiedy ciężar ich ciała opiera się na najwrażliwszym miejscu i chcą się jakby podciągnąć, podeprzeć, żeby sobie ulżyć.

Mamy mówią, że na chwilę to nie zaszkodzi. Może i na chwilę nie zaszkodzi (choć ja bym w takiej pozycji nie chciała spędzić nawet minuty), ale jeśli ktoś kupuje nowego, wypasionego BabyBjörna za 530 zł żeby używać na chwilę to coś nie halo. Lepiej kupić Tulę za 450 zł (taniej) i mieć pewność, że dziecko czy to na chwilę czy na dłużej jest bezpiecznie i wygodnie ułożone. Dodatkowo w Tuli można nosić dziecko również na plecach no i korzystać z nosidła dłużej, gdyż wygodnie nosi się w nim nie tylko niemowlęta, ale i trzylatki, co w Bjornie nie jest możliwe, bo by już plecy wysiadły (przesunięty środek ciężkości). Babybjorn są tylko do ok. 12 kg (15 miesiąca).


* Fragmenty za Eveline Kirkilionis „Więź daje siłę”

środa, 21 sierpnia 2013

Bubinka testuje - kieszonka wpinana do otulacza wełnianego Ecodidi

Ostatnim już produktem Ecodidi, który testowałyśmy jest kieszonka wpinana do otulacza wełnianego One size. 

Producent pisze o swoim produkcie: 
"Kieszonka dopinana z otulaczem wełnianym i kompletem 4 dodatkowych nap do wpinania kieszonki tworzą  niepowtarzalną 100% naturalną pieluszkę wełnianą ecodidi z kieszonką.
Kieszonka dopinana została specjalnie zaprojektowana aby być jak najbardziej uniwersalna. Posiada elastyczne wykończenie wokół nóżek co chroni otulacz przed zabrudzeniem. W kieszonce należy umieści wkład chłonny."


A jaka jest nasza opinia? Wpinana kieszonka do otulacza to rozwiązanie innowacyjne, z którym nie spotkałam się nigdy wcześniej. Od początku mnie zainteresowało i wydało się świetnym pomysłem. Po użyciu wypinamy samą kieszonkę a otulacz można przewietrzyć i użyć ponownie. Niby podobnie jak z samym wkładem, jednak kieszonka ma więcej zalet:
- jest wpinana na napy, więc się nie przesuwa
- sama w sobie trochę chłonie
- można włożyć w nią pojedynczy lub podwójny wkład regulując chłonność
- ma wszytą warstwę mikropolaru (akurat w naszym egzemplarzu), dzięki któremu dziecko nie odczuwa wilgoci


Kieszonki one size mają regulowany rozmiar, żeby idealnie dopasować do dziecka i do otulacza. Wciąż zachwalam czterostopniowy system regulacji w pieluszkach Ecodidi, gdyż daje większe pole manewru. Pieluszka jest uszyta bardzo starannie. Zewnętrzna warstwa z weluru bawełnianego, który po kilkukrotnym praniu nieco zesztywniał, ale nie przeszkadza to w dalszym użytkowaniu. Od pupy przyjemny w dotyku mikropolar zapewniający dziecku uczucie suchości. Mikropolar stosowany w pieluszkach Ecodidi jest niezwykły. Po pół roku użytkowania wciąż wygląda jak nowy! Zabrudzenia łatwo się spierają i nie pozostawiają odbarwień a materiał wciąż pozostaje mięciutki i nie mechaci się jak w innych markach pieluszek. 

Te kieszonki dostępne są z różnych materiałów do wyboru:
-w całości z weluru bawełnianego
-welur bawełniany - mikropolar

-welur bawełniany - bambus
-w całości z weluru bambusowego


Kieszonka wraz z otulaczem to bardzo wygodne rozwiązanie. Ładnie się dopasowuje do małej pupy a delikatne gumki nie uciskają nóżek. Z czystym sercem polecam!

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Nasze wakacyjne wojaże

Ach wakacje, wakacje. Cisza na blogu była, bo dwa tygodnie się urlopowaliśmy. A potem trzeba było ogarnąć szarą rzeczywistość. Nie do wiary, jak mieszkanie może się zabrudzić po dwóch tygodniach nieobecności. I jak wielką górę prania można przywieźć z wojaży. Ale nie samym sprzątaniem człowiek żyje, więc i wesele było i rodzinne grillowanie. A teraz mąż wrócił już do pracy a ja do blogowania :)
 
A gdzie to się urlopowaliśmy? Ano w Szklarskiej Porębie. Nocowaliśmy, tak jak w zeszłym roku, w Ośrodku "Mauritius". Dostaliśmy nawet ten sam apartament. Jako, że Szklarską poznaliśmy już nieco w zeszłym roku, teraz skupiliśmy się na zwiedzaniu okolicznych miast i atrakcji.

I tak zwiedziliśmy:

1. Świeradów Zdrój. Wjechaliśmy wygodną kolejką gondolową na Stóg Izerski. Przeszliśmy się szlakiem. A potem spacerowaliśmy jeszcze po Parku Zdrojowym.

2. Jelenią Górę (centrum). Pochodziliśmy po rynku i uliczkach starego miasta, i odwiedziliśmy dwa kościoły.

3. Karpacz. Zwiedziliśmy zabytkowy Kościół Wang - najstarszy drewniany kościół w Polsce, którego konstrukcja wykonana jest bez użycia gwoździ. Powstał na przełomie XII i XIII wieku w miejscowości Vang w Norwegii. Później po wielu perypetiach i przenoszeniach, kościół został odbudowany w Karpaczu i od 1844 roku aż po dzień dzisiejszy służy miejscowej ludności ewangelickiej i jest atrakcją turystyczną Karpacza.
 
 
Wjechaliśmy też na Kopę i zdobyliśmy Śnieżkę.


W drodze powrotnej widziałam jedną panią w miniówie i klapkach na szpilkach. Wprawdzie podejście na Śnieżkę nie jest zbyt wymagające, ale jednak uważam, że taki strój na górskie wyprawy nie jest odpowiedni. Pani wyglądała kuriozalnie.
 
4. Suchą (gmina Leśna). A konkretnie Zamek Czocha.
 
 
Później pojechaliśmy nad Jezioro Leśniańskie poplażować trochę.
 
5. Harrachov (CZ). Odwiedziliśmy dwukrotnie. Jednego dnia spacerowaliśmy po mieście i skosztowaliśmy przysmaków kuchni czeskiej. Za drugim razem wjechaliśmy na Čertovą horę. Z wyciągu mogliśmy w pełnej krasie podziwiać skocznię mamucią. A na górze żałowaliśmy, że nie wzięliśmy ze sobą koca. No wspaniałe miejsce na piknik! Nie ma tłoku, można znaleźć zaciszne miejsce, podziwiać widoki, kontemplować przyrodę.

6. Kowary. Tam zwiedzaliśmy tajną kopalnię Uranu. Mimo upału na dworze, trzeba się było ciepło ubrać, bo w środku jest tylko 9 stopni. Trasę przeszliśmy w ciemnościach. Drogę oświetlaliśmy sobie latarkami. Przewodnik bardzo ciekawie opowiadał o tej kopalni. Świetna sprawa. Polecam zobaczyć.

7. Jelenią Górę (Cieplice). O wiele piękniejsze niż centrum. Jest deptak, jest duży Park Zdrojowy, gdzie można spacerować godzinami albo odpoczywać na ławkach w cieniu drzew albo w słońcu przy fontannach. Bawiliśmy się też na placu zabaw, ale mimo iż duży, to strasznie zaniedbany. W ostatnią niedzielę byliśmy tam na nabożeństwie w kościele Zbawiciela, gdzie, jak się okazało, proboszczem jest znajomy ksiądz :)
 

8. Piechowice. Tu zajrzeliśmy do Huty Szkła "Julia", gdzie mogliśmy na własne oczy zobaczyć proces produkcji szklanych naczyń i bibelotów. Niesamowite wrażenia! Panowie robiący szklane figurki muszą być nie tylko hutnikami, ale też artystami. Cuda powstawały na naszych oczach. Po obchodzie mogliśmy zrobić oryginalne okazy i napić się kawy w miejscowej kawiarence.

 
9. ...i oczywiście Szklarską Porębę. Spacerowaliśmy po mieście, wędrowaliśmy leśnymi szlakami turystycznymi, wjechaliśmy na Szrenicę i korzystaliśmy z dobrodziejstw groty solnej.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na jeden dzień we Wrocławiu, żeby pospacerować po rynku (Bogusia chciała zobaczyć fontannę, którą widziała w telewizji) i odwiedzić zoo. Na koniec jeszcze połechtaliśmy kubki smakowe w Pijalni Czekolady E.Wedel.


Pogoda dopisała nam przez cały pobyt. Jeśli padało to tylko nocami lub nad ranem a tak to słonecznie i ciepło, właściwie upalnie. Wyjazd zaliczam do bardzo udanych! :)

środa, 24 lipca 2013

Ono nic nie je!

Rodzice rozszerzający dietę dziecka metodą BLW często martwią się, czy ich dziecko je wystarczająco dużo. Porównują swoje dziecko, które w wieku 9 miesięcy jest niemal wyłącznie na piersi a stałe pokarmy tylko skubie, z dziećmi znajomych, które wsuwają już cały słoiczek na raz a mleko dostają jedynie dwa razy na dzień. Czy takie obawy są uzasadnione?

BLW różni się od standardowego wprowadzania stałych pokarmów do diety dziecka. Wynikają więc z tego pewne rozbieżności co do apetytu dzieci w późniejszych miesiącach.

1. Karmienie łyżeczką zwykle zaczyna się wcześniej, między 4. a 6. miesiącem życia. Niektórzy rodzice spieszą się z tym wybitnie i już 2,5-miesięcznym brzdącom podają pierwsze łyżeczki marchewki. Dziecko wcześniej zaczyna poznawać nowe dania i się nimi najadać, więc w późniejszych miesiącach zjada całą porcję i nie domaga się mleka. Dzieci BLW mają dietę rozszerzaną od ok. 6-7. miesiąca. Najpierw bawią się jedzeniem i go badają na wszelkie sposoby. Same muszą dojść do tego, że to co przed nimi leży jest jadalne i można sobie tym zapełnić brzuszek. To wymaga czasu i dopiero w wieku 9-12 miesięcy zaczynają zjadać wyraźnie więcej.

2. Rodzice szybko chcą zastępować mleczne posiłki zupkami i deserkami. Zależy im więc na tym, żeby dziecko zjadło jak najwięcej przecieru. W BLW zakłada się, że mleko jest podstawą pożywienia w całym pierwszym roku życia dziecka a inne pokarmy są uzupełniające (nie zastępujące). Pierwsze pół roku BLW to właściwie poznawanie jedzenia wszystkimi zmysłami. Dziecko nie bawi się przy jedzeniu. To jedzenie odbywa się niejako przy okazji zabawy. Absolutnie nie chodzi tu o to, żeby dziecko się najadło. Najada się mlekiem.

3. Kiedy rodzice karmią dziecko, chcą to zrobić jak najszybciej. Wiadomo, karmienie zabiera trochę czasu a tu jest wiele innych rzeczy do zrobienia. No i samemu też trzeba coś kiedyś zjeść. W BLW dziecko karmi się samo. Wiadomo, że odbywa się to wolniej i dłużej. Maluch musi przecież dojść do wprawy. Podnoszenie jedzenia z talerza, kierowanie go do ust i żucie to całkiem skomplikowane operacje dla niemowlaka. Czynności te wymagają skupienia, uwagi, koordynacji, sprawności manualnych i oralnych. To trwa, ale dzięki temu dziecko trenuje nie tylko otwieranie buzi i połykanie papki, ale wiele innych sprawności. A rodzice nie marnują czasu na karmienie malucha tylko w tym czasie jedzą swój ciepły obiad.

4. Karmione dzieci często bywają namawiane na jeszcze jedną łyżeczkę. Rodzice stosują przeróżne sztuczki typu lecący samolocik, albo karmienie przed telewizorem. Przez to może i faktycznie dziecko zje więcej, ale nie zrobi tego świadomie. Nie nauczy się właściwie rozpoznawać oznak głodu i sytości, co może się przyczynić w późniejszych latach do problemów z odżywianiem. W BLW maluch je tyle, ile chce i potrzebuje. Kończy posiłek, kiedy czuje się najedzony lub niezainteresowany danym daniem. Taka swoboda wyboru sprawia, że jedzenie staje się przyjemnością i służy zaspokajaniu głodu a nie opróżnianiu talerza za wszelką cenę.

5. Posiłki w słoiczkach i domowe przeciery są zwykle bardzo rozwodnione, więc wydaje się, że dziecko zjada dużo. W rzeczywistości jeśli maluch zje trochę tego co ma na stole i zapije wodą okazuje się, że porcja jest porównywalna z tym jakby zjadł słoiczek.

Baby-led weaning wymaga zaufania dziecku. To jest trudne, bo rodzice chcą się sprawdzić w swojej roli. Chcą by ich dziecko było właściwie odżywione i nie chorowało. Lobby koncernów słoiczkowych próbuje wmówić młodym matkom, że nie są one w stanie samodzielnie prawidłowo wykarmić swoich dzieci. I że tylko podając dania w słoiczkach można mieć pewność, że dieta dziecka jest właściwie skomponowana, różnorodna, w odpowiednich proporcjach i ilości. Drogie mamy, bądźcie bardziej pewne siebie i zaufajcie swoim dzieciom! To dziecko najlepiej wie, kiedy jest już najedzone a nie producent słoika, który Twojego malucha na oczy nie widział, ale wmawia Ci, że powinien zjeść 190 g a nie tylko 100 g albo po prostu różyczkę brokuła, kawałek mięsa i dwa gryzy ziemniaka popite kilkoma łykami wody. I to dziecko najlepiej wie, że w wieku 11 miesięcy potrzebuje jeszcze 6 porcji mleka na dzień a nie tylko dwie jak twierdzi ekspert żywienia dzieci zatrudniony w firmie słoiczkowej. 

Jeśli jesteś na początku przygody z BLW i martwisz się, że Twoje dziecko nic nie je, to chcę Ci powiedzieć, że ono je wystarczająco. Jeśli prawidłowo się rozwija, rośnie i przybiera na wadze, jest radosne i pełne energii to naprawdę nie ma powodów do obaw. A z każdym kolejnym miesiącem będzie jadło więcej, będzie na samą myśl o jedzeniu wołało "mniam mniaaaaaam!" i jeszcze Cię zaskoczy ilością zjedzonego dania a oczy wyjdą Ci z orbit jak poprosi o dokładkę. Gwarantuję!

Jeśli dziecko nie jest już niemowlakiem. Ma rok, półtora, dwa i zdarzają mu się okresy, kiedy mniej je, czasem częściej chce mleko. To też jest normalne! Dzieci rozwijają się skokowo i być może w tym czasie nie potrzebuje aż tak dużo kalorii. Może to też być spowodowane ząbkowaniem albo zdarzać się na początku choroby. Zwykle trwa dzień, kilka dni, czasem tygodni. Nie ma powodów do obaw! Czasem też dziecko, które dotąd wsuwało wszystko nagle odmawia większości potraw za to inne jadłoby cały czas. Związane jest to też z odkrywaniem siebie i wyrażaniem autonomii. Dziecko nie polega ślepo za mamą tylko samo wie, co lubi bardziej a co mu nie smakuje i nie boi się tego wyrażać. Bubinka właśnie jest na etapie pochłaniania owoców (szczególnie bananów i winogron) oraz chrupków kukurydzianych. Czasem domaga się jajka (albo kilku jajek) bądź innej potrawy a resztę ledwo skubnie albo w ogóle na nią nie spojrzy. To jest tymczasowe i to jest normalne. Tylko spokój nas może uratować. Dziecko nie może odczuć, że tak bardzo przejmujemy się ilością jedzenia, które ono zjada. To będzie dla niego znak, że jedzenie to karta przetargowa do spełniania oczekiwań rodziców wbrew sobie. A tak być nie może. Mamy jeść po to by żyć a nie żyć po to by jeść.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Matka matce wilkiem

Co jakiś czas na Facebooku pojawia się pytanie "Jak długo karmisz/karmiłaś swojego maluszka piersią?" zadawane przez jakiś fanpage o tematyce rodzicielskiej. Obserwując komentarze widzę wyraźny podział matek na kilka kategorii ze względu na długość karmienia.

1. "Świadome mamy butelkowe" - nie karmiły wcale, bo nie chciały. Albo karmiły bardzo krótko, wspominają to źle i odetchnęły z ulgą, kiedy przeszły na butelkę. Te mamy od razu dostają łatkę "wyrodnej matki" i czytają komentarze na swój temat w stylu: "Co z ciebie za matka! Jak możesz odmawiać dziecku tego co najlepsze?!"

2. "Matki współczucia godne" - karmiły krótko - od kilku tygodni do trzech miesięcy. Od razu się tłumaczą, że musiały mieć operację, brały leki, nie miały pokarmu, pokarm im zanikł, miały chudy pokarm, dziecko się nie najadało, dziecko się samo odstawiło itp. Do tego dołączają smutną emotikonkę i są łase na oznaki zrozumienia i współczucia.

3. "Matki idealne" - wpasowują się we wszelkie normy, standardy i ramy dobrego smaku. Karmią cztery miesiące, sześć, może dziewięć, góra rok. Tym matkom nikt nic nie przygada, bo nie ma się czego uczepić.

4. "Matki-karmicielki weteranki" - karmią ponad rok, dwa lata, dwa i pół. Lubią się przechwalać długością karmienia. Zwykle opiewają jego zalety i w ogóle cudowność. Choć są i takie, które się tłumaczą z długiego karmienia, że "wprawdzie próbowały odstawić, ale dziecko nie chce butelki z mlekiem modyfikowanym i tylko cycuś".

5. "Matki zaborcze" - karmią trzy-, cztero- a nawet pięciolatki. Zdarzają się raz na 300 komentarzy i od razu po tym jak śmią się przyznać, że jeszcze karmią, są sprowadzane do parteru i miażdżone komentarzami. Bo przecież: "Jak tak można?!", "To przegięcie/niedorzeczne/nienormalne/obrzydliwe/zboczone i w ogóle ble i fuj!", "Robią szkodę w psychice dziecka, wychowują maminsynków, nie pozwalają im dorosnąć i zapewne przerwy w pracy spędzają na dojazdach do przedszkola, by nakarmić dziecko." To najgorsza kategoria matek. Na tych nie zostawia się ani krzty godności.

Nie mogę pojąć, jak matka matce może pojechać takimi upokarzającymi tekstami. Ja karmię 18 miesięcy. Zamierzam kontynuować tak do 2 może 2,5 lat. Potem się zobaczy. Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie siebie karmiącej 4-latkę, ale jak komuś to odpowiada, to OK. To jest decyzja konkretnej matki i jej dziecka i nikt postronny nie ma prawa się wtrącać i oceniać. Nie pasuje Ci dwulatek przy piersi to nie karm tak długo. Obrzydza cię taki widok? To nie patrz! Ale oszczędź innym swoich komentarzy. Możesz ewentualnie powiedzieć, że TOBIE to nie pasuje, TOBIE się nie podoba, TY sobie nie wyobrażasz, ale nie rzucaj krzywdzących ogólników. Karmienie piersią kilkulatka nie jest przegięciem, nie jest zboczone, nie szkodzi psychice dziecka. To jest NORMALNE!! Choć nie każdemu musi to odpowiadać

środa, 17 lipca 2013

Bubinka testuje – kubek ze słomką i uchwytami Akuku

Przyszedł czas na ostatnią recenzję produktów Akuku. Tym razem kubek ze słomką i uchwytami. Długo zwlekałam z recenzją, bo niestety nie mam dobrego zdania o tym produkcie, ale jak testy to testy i nie chodzi o to, by pisać dobrze, tylko o to, by pisać szczerze.

Producent pisze o swoim kubku:

Na stronie internetowej: „Kubek Akuku posiada wszystkie wymagane atesty. Jest wykonany z najlepszych surowców, lekki, nietłukący, wytrzymały. Specjalny ergonomiczny kształt zapewnia dużą wygodę w użytkowaniu. Kubek nie zawiera BPA. Pojemność: 240ml.”

Na opakowaniu kubka: „Zalety naszych kubków:
Gwarancja bezpieczeństwa i jakości – wytworzone z najlepszych surowców. Funkcjonalność i wygoda – lekkie, nietłukące, bardzo wytrzymałe, łatwe do mycia i dezynfekcji. Specjalny wyprofilowany kształt zapewnia dużą wygodę użytkowania. Silikonowa rurka ułatwia dziecku picie bez rozlewania w każdej sytuacji. Zamykane wieczko skutecznie zabezpiecza przed wylaniem napoju w trakcie transportu. Dodatkowy uchwyt pozwala wygodnie zaczepić bidon. Ozdobne dekoracje ukazują dziecku świat kolorów.
·       całkowicie chowana słomka umożliwia zachowanie maksymalnej higieny nawet podczas przenoszenia w podróży
·       sferyczny kształt ułatwia dzieciom trzymanie kubka
·       szerokootworowy kształt kubka zaprojektowany aby ułatwić mycie
·       szeroka, stabilna podstawa zapobiega przewracaniu się kubka”

Jak to widzi mama? Niestety producent zapędził się w opisywaniu zalet produktu. Kubek rzeczywiście jest lekki i nietłukący. Dzięki uchwytom dziecko wygodnie trzyma go w rączkach. Miękka silikonowa rurka jest odporna na gryzienie. Na tym jednak kończą się jego zalety. Chowana słomka robi efekt WOW tylko wtedy, gdy kubek jest pusty, ewentualnie pełny, ale stoi stabilnie. Niestety w transporcie przy poruszaniu, przewracaniu w torbie, napój się wylewa przez słomkę. Co z tego, że schowana, ale jednak nie ściśnięta i cieknie. Kubek ma pojemność 240 ml, czyli całkiem przyzwoitą. Oryginalnie miał też nadrukowaną skalę i logo producenta (O tych ozdobnych dekoracjach ukazujących dziecku świat kolorów pisze producent?). Niestety czarno-pomarańczowy nadruk zmył się już przy pierwszym myciu jeszcze przed użyciem kubka. Przezroczyste naczynie zmatowiało po kilkukrotnym myciu. Samo czyszczenie też jest problematyczne. Wprawdzie szeroki otwór ułatwia dokładne wymycie wnętrza, jednak sferyczny kształt utrudnia wylanie wody z tej „bańki”. Dolną rurkę można wymontować, natomiast górnej już nie. Jednak największy problem jest z nakrętką. Nie można wymontować jej górnej, obrotowej części – tej, która chowa słomkę. Niestety między tymi częściami zbierają się resztki napojów, płynu do mycia i wody. Niemożność dokładnego wyczyszczenia sprawia, że po jakimś czasie zbierają się też różne zarazki i grzyby. Nie ma opcji, że jest to higieniczne. Nie udało mi się rozkręcić tych części, ale nawet nie wiem czy chcę oglądać tętniące tam życie. To przekreśliło dalsze używanie. Kubek stoi nieruszany od kilku miesięcy i w końcu muszę go wyrzucić. Kubek dostępny jest w dwóch kolorach: pomarańczowym i niebieskim.

A co na to Bubinka? Małej kubek się spodobał. Szybko nauczyła się pić przez słomkę. Później załapała też, jak trzymać kubek, żeby leciało. Najpierw przechylała go tak jak zwykły kubek, dopiero po jakimś czasie odkryła, że picie leci tylko jak kubek trzyma się prosto a rurka jest zanurzona. Szybko też nauczyła się zakręcać nakrętkę i chować rurkę. Niestety nie umiała odkręcić z powrotem i wiecznie mnie o to męczyła. Myślę, że z jej perspektywy kubek jest OK. Nie musi go myć ;)


Podsumowując, kubek ogólnie nie jest najgorszy, ale patrząc tylko na jego zalety, można znaleźć podobne produkty na rynku. Może nie w lepszej cenie, ale z pewnością bez tak rażących wad. W domu Bogusia zwykle piła ze zwykłego otwartego kubka. Szukałam kubka na wyjścia. Zamykanego i szczelnego, żeby i przy piciu i przy transporcie się nie wylewało. Niestety kubek Akuku mnie zawiódł. A brak możliwości dokładnego wyczyszczenia go dyskwalifikuje produkt zupełnie. Nie tylko nie polecam, ale wręcz odradzam!